opowiadanie, kawałek 1.

- Ludźka! Obudź się, Ludźka, obudź się! Co jest? Ludźka!!!

Nikt nie odpowiada. Wiolka podeszła bliżej leżącej na starej kanapie dziewczyny. I zaraz chciała się cofnąć. Albo osunąć na podłogę, ciężko było to odczytać z jej wyrazu twarzy. Tym wyrazem były nawet trzy wyrazy: O MÓJ BOŻE. Widząc i odczytając te wyrazy, Jacek z Martą również zbliżyli się do starej kanapy. I na ich twarzach krzyczały te same słowa. Marta delikatnie starała się sprawdzić tętno dziewczyny spoczywającej na owym meblu. Niestety, nie wyczuła niczego takiego. Niestety nadgarstek był lodowaty. Niestety dziewczyna nie oddychała. Albo zemdlała [co by dziwne nie było, zważywszy na unoszący się w pomieszczeniu smród gnijącego gumolitu i innych woni] albo nie żyła. Jacek był facetem i najszybciej otrzeźwiał, i najprecyzyjniej jak potrafił, wytłumaczył przez telefon, gdzie karetka ma przyjechać. I po trzech minutach dało się słyszeć dźwięk syreny. I nagły optymizm został zagłuszony przez niepokój, gdyż okazało się, że ta syrena była syreną policyjną. Narastającą panikę spotęgował hałas wybijanego okna w pokoju obok. Co ciekawe, ani Wiolka, ani Marta, ani Jacek nie zamierzali się ruszać z miejsca. Nie wyobrażali sobie zostawiać Ludźkę na pastwę nie wiadomo czego, tak właściwie. Z pokoju, w którym przed sekundą wybito okno, wtargnął Waldek. I cała trójca czuwająca przy Ludźce, odetchnęła. Można powiedzieć, że z Waldkiem byli dobrze zaznajomieni. Masa pytań napłynęła wszystkim do głów, jednak żadne nie było w stanie mówić. Waldek spojrzał na znajomych, przeniósł pytający wzrok na starą kanapę. Już otworzył usta, aby coś powiedzieć [albo zrobić wydech jamą ustną] i w tym momencie oczy mu się zaświeciły, bo bardzo głośno usłyszał dźwięk ambulansa. Jacek wybiegł przed budynek, aby zwrócić uwagę kierowcy tego jakże przydatnego pojazdu. A w środku, nad spoczywającą Ludźką, ciągle była cisza. Waldek znieruchomiał z otwartymi ustami, Marta z Wiolką gapiły się to na niego, to na leżącą. Milczały, kiedy pędem przybyli medycy, kiedy pakowali Ludźkę na nosze, kiedy ją wynosili, kiedy próbowali czegoś się dowiedzieć od owych dziewcząt, kiedy w końcu zrezygnowali z dalszych przesłuchań i kiedy opuścili pomieszczenie i kiedy odjechali bez sygnału. W śmierdzącym pomieszczeniu Jacek pierwszy przemówił. A to, na co było go stać to jedynie propozycja, aby się stąd wynieść i łaskawie powiedzieć chociaż matce Ludźki. Wiedzieli, że powinni, że są zobowiązani. Ale ich myśli obijały się od strasznej sytuacji Ludźki do dziwnego zachowania Waldka. Zresztą, ze szpitala ktoś na pewno zadzwoni do matki Ludźki. Pozostała kwestia wybitego okna. Waldek milczał, wszyscy milczeli. I poza Waldkiem nie byli w stanie zrozumieć chociaż części tego, co właśnie się stało.

Jesteśmy.

Jesteśmy silni, jesteśmy młodzi.

Mogłabym tak wiecznie.

Nie skupiam się narazie na wydarzeniach, skupiam się na emocjach. Uwielbiam się śmiacć jak na przykład dzisiaj. :)

 

nie wiem co tu robię, chce spróbować wszystkiego.

poprawka – wszystkiego nie da się spróbować, więc wielu rzeczy chcę spróbować. tak .